>
Paźdz. 17 2014

Ciało Artauda

Zdaniem Artauda wolność jest zarówno usytuowana, jak i zablokowana w ciele. W jego poglądach można odnaleźć wiele typowych wątków gnostycznych: afirmację cielesności, odrazę do ciała, pragnienie jego przekroczenia, poszukiwanie ciała odkupionego. „Nie porusza mnie i nie interesuje nic – pisze – poza tym, co dotyka bezpośrednio mojego ciała”. Lecz ciało zawsze stanowi problem. Artaud nigdy nie definiuje go w kategoriach zdolności do dostarczania przyjemności zmysłowych, lecz skupia się zawsze na generowaniu przez nie inteligencji oraz bólu. W L’Art et la mort Artaud ubolewa, że tak jak jego umysł nie zna jego ciała i brak mu idei właściwych „kondycji fizycznego zwierzęcia”, tak jego ciało nic nie wie o jego umyśle. W wyobrażeniach cierpienia, jakie tworzy, ciało i duch blokują sobie wzajemnie drogę do inteligencji. Mówi o „intelektualnych wrzaskach” dobywających się z jego ciała, jedynym źródle wiedzy, któremu ufa. Ciało ma jakąś umysłowość. „W ciele tkwi umysł – pisze – umysł szybki jak błyskawica”.
Intelektualne roszczenia względem własnego ciała sprawiają jednak, że Artaud się od niego odsuwa – odpycha ciało pogrążone w niewiedzy. W wielu wierszach wyraża głęboką odrazę do ciała i mnoży pogardliwe wzmianki o płci. „Prawdziwy człowiek nie ma płci”, pisze w artykule z grudnia 1947 roku. „Nie zwraca uwagi na tę obrzydliwą rzecz, ten ogłupiający grzech”. Wśród jego dzieł to prawdopodobnie L’Art et la mort najmocniej skupia się na temacie płci, lecz Artaud demonizował płeć we wszystkich swoich tekstach. Pojawia się ona najczęściej pod postacią monstrualnego, obscenicznego ciała – „bezużytecznego cielska zrobionego z mięsa i oszalałej spermy”, jak je opisuje w Ci-gît. Na przekór temu upadłemu, skażonemu materią ciału snuje fantazje o posiadaniu ciała czystego, pozbawionego narządów i szaleńczych żądz. Choć Artaud upiera się, że nie jest niczym innym, jak tylko ciałem, wyraża zarazem gorączkową tęsknotę za jego całkowitym przekroczeniem, za porzuceniem własnej seksualności. Zgodnie z innym zestawem wyobrażeń ciało trzeba uczynić inteligentnym, ponownie je uduchowić. Odsuwając się od ciała skażonego, pragnie ciała odkupionego, w którym myśl i materia się zjednoczą: „Metafizyka ponownie wpłynie do naszych umysłów przez skórę”. Tylko ciało może doprowadzić do „definitywnego zrozumienia Życia”. Gnostyczne zadanie, jakie Artaud stawia przed teatrem, polega na stworzeniu tego odkupionego ciała. Ów mityczny projekt autor objaśnia przez odniesienie do ostatniej wielkiej systematyki gnostycznej, jaką jest alchemia doby renesansu. Tak jak alchemicy, zaabsorbowani problemem materii ujmowanym w klasycznie gnostycznych kategoriach, poszukiwali metod przekształcenia jednej formy materii w inną (wyższą, uduchowioną), tak Artaud dąży do utworzenia alchemicznej areny, na której oddziaływać się będzie w równej mierze na ciało i na umysł. W teatrze dokonuje się „straszny i niebezpieczny akt”, pisze w tekście Le théâtre et la science (Teatr i nauka) – „PRAWDZIWA ORGANICZNA I FIZYCZNA PRZEMIANA LUDZKIEGO CIAŁA”.

Susan Sontag, W stronę Artauda, [W:] Susan Sontag, Pod znakiem Saturna, przeł. Dariusz Żukowski, Kraków 2014.

Paźdz. 07 2014

Hanka

image

Pierwszy narzeczony dominował, w łóżku zaczynał od pozycji misjonarskiej, ale szybko zaraziłam go duchem przygody dzięki natężeniu swojej woli. Poprowadziłam po sznurku swego niemałego doświadczenia, udając, że idę za nim. W życiu nie zdążyliśmy się sprawdzić. Po roku nastawionego na obopólną eksploatację erotyczną związku wynajęliśmy, co prawda, dzięki pracy w Bratniaku mieszkanie na strychu starej kamienicy, ale nie porzuciliśmy imprezowego trybu życia. Zaczęliśmy też sporo eksperymentować. Przeszliśmy całą listę praktyk uznawanych wówczas za urozmaiconą intymność i doszliśmy do lekkich, dopuszczalnych dewiacji, także z wykorzystaniem przedmiotów z epoki przedsilikonowej. Dużo przy tym rozmawialiśmy. Najwięcej o Hance.
Hanka była kobietą w typie bergmanowskim: skomplikowaną. Obdarzona klasyczną urodą, nie troszczyła się o wygląd. Wszystko jednak, począwszy od sposobu obgryzania skórki przy paznokciu, do gestu, jakim odgarniała włosy, uwydatniało ten cud natury, którym była. Nosiła się bardzo kobieco, oczywiście w stylu obowiązującym na uczelni z wydziałem artystycznym. Studentką była przeciętną, rozpraszały ją, jak wszystkich, kluby, dyskusje i DKF-y, do których dostęp mimo stanu wojennego stopniowo się zwiększał. Poza tym miała obowiązki domowe.
Przyjaźniła się najpierw z moim prawie-mężem. Może nawet coś między nimi było, ale mieszkała z rodzicami i nie uczestniczyła zbyt często w akademikowych bibkach, wobec czego miałam fory. Odziedziczyłam jej przyjaźń po nim, kiedy – o, porządni mężczyźni! – realizując zasadę wierności, odsunął się nieco na bok. Nocowała u nas, kiedy dostała pozwolenie od ojca na naukę z koleżanką, a impreza w naszym mieszkaniu przeciągnęła się do godziny milicyjnej, czyli w każdą sobotę. Miała miejsce od ściany, przy mnie.
Pewnego razu w sytuacji intymnej narzeczony wyznał, że ma na nią ochotę. Ukłucie zazdrości stłumiłam haustem mocnej, zimnej herbaty. Nie należało odczuwać takich małżeńskich, drobnomieszczańskich emocji. Poszłam w fellatio. Odpłynął, jęcząc tak głośno, że sąsiadka zaczęła stukać w sufit szczotką. Od tego czasu wciąż gadaliśmy o Hance.
– A może wzięlibyśmy sobie jakąś dziewczynę? – pytałam, wkładając mu pośliniony palec tam, gdzie mógł się zmieścić.
– Kogo masz na myśli? – udawał zaciekawionego.
– Jakąś ładną. – Poruszałam palcem.
Postępując normalną drogą takiej konwersacji, dochodziliśmy do „Hanka”. „Hanka”, „Hanka”, krzyczał, wodzony na pokuszenie przez byłą Agnethę, obecnie raczej czarniawą Anni-Frid. Przypadkowo wypadało na „Hanka”. Przekonałam się, jaką metodą szkolone były psy Pawłowa.
Kiedy jakimś cudem udało nam się Hankę oswoić, upić bardziej niż w inne soboty, położyć między nami i skłonić do zdjęcia rajstop, straciliśmy kontrolę nad swoją wizją. Straciliśmy ją także nad Hanką; zgodnie z naszymi rojeniami była namiętna, ale niezgodnie ze scenariuszem brała, nie dając nic w zamian. Nie chciała nas „obsłużyć”, zwłaszcza mało zainteresowana była moim prawie-mężem, który nieco zaniemógł, patrząc, jak zajmuję się obsługą naszej fantazji. Hanka szczytowała bez końca, ja byłam wciąż na krawędzi, a załatwiony odmownie narzeczony leżał na brzegu posłania.
Raz nam nie wystarczył. Zaczęłam spotykać się z Hanką, ignorując potrzeby prawie-męża, który nadal polegiwał na skraju tapczanu. Przed wakacjami zrobił dyplom i postanowił nas porzucić. Mieszkanie było opłacone do 30 sierpnia.

Inga Iwasiów, W powietrzu, Warszawa 2014.

Wrzes. 23 2014

Left behind, useless and alone

She had watched as he crossed the room and poured himself a measure of Scotch, the Talisker she was drinking now. Lately, he was looking taller, easier in his movements. While his back was turned to her she had a cold premonition of rejection, of the humiliation of being left for a young woman, of being left behind, useless and alone. She wondered if she should simply go along with anything he wanted, then rejected the thought.

He had come back toward her with his glass. He wasn’t offering her a Sancerre the way he usually did around this time.

“What do you want, Jack?”

"I’m going to have this affair.”

“You want a divorce.”

“No. I want everything the same. No deception.”

“I don’t understand.”

“Yes you do. Didn’t you once tell me that couples in long marriages aspire to the condition of siblings? We’ve arrived, Fiona. I’ve become your brother. It’s cozy and sweet and I love you, but before I drop dead, I want one big passionate affair.”

Mistaking her amazed gasp for laughter, for mockery perhaps, he said roughly, “Ecstasy, almost blacking out with the thrill of it. Remember that? I want one last go, even if you don’t. Or perhaps you do.”

She stared at him in disbelief.

“There it is, then.”

Ian McEwan, The Children Act, Nan A. Talese (September 9, 2014)

Wrzes. 07 2014

Spowiedź

Ostatni raz w konfesjonale byłem jakieś piętnaście lat temu, i to też nie ze szczerej potrzeby wyznania culpy. Koniu, taki los, został ojcem i postanowił ochrzcić syna. Chciał dziecku oszczędzić stygmatyzacji, kiedy pójdzie do szkoły. Padło na mnie, bo też za bardzo nie miał w kim wybierać. Z grona znajomych tylko ja jeden otwarcie przyznawałem się do katolickiej przeszłości, na wodę święconą nie reagowałem ateistycznym wzdrygnięciem i – Koniu uznał to za w pełni wystarczający argument – znałem pisma Świętego Jana od Krzyża. Czego się nie robi dla kumpla. Poszedłem, klęknąłem i klepnąłem obrazę Boga w większości z Dziesięciorga Przykazań. Tak naprawdę zabrakło jedynie piątego, choć pomijając je, miałem wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. „Nie zabijaj” ma dość szerokie znaczenie. Chociażby świnie i kury mojego dzieciństwa. Przecież uczestniczyłem w ich mordzie. A nasza miłość, jaśniejąca latarenko? Niekiedy zachowywałem się tak, jakbym był jej mordercą.
Spowiednik‍ odczekał pokutną wyliczankę, po czym zaczął domagać się szczegółów. „Śmiało, tylko jeden Bóg cię słucha, synu, choć w Trzech Osobach” – zachęcił. „To już wszystko, proszę księdza” – oznajmiłem skruszony. „Wszystko, ale gdyby wycisnąć twoje słowa, synu, jak gąbkę, nie pozostałoby nic konkretnego!” – zgromił mnie spowiednik i zaczął wypytywać z gorączką w głosie: jeśli cudzołożyłem, to z kim, gdzie i dlaczego? Jeśli kłamałem, to jaką osiągnąłem korzyść? Jeśli dni świętych nie święciłem, to co wtedy robiłem? A jeśli pożądałem żony bliźniego swego, to jakie ona miała oczy, jaką pupę i piersi, i czy moja żądza nie skończyła się masturbacją pod kołdrą albo w łazience. Przyznam, że ksiądz zaimponował mi znajomością życia, zwłaszcza sublimacją seksualnych pragnień. Jednak nie byłem gotów aż na taki konkret, no i nie miałem przecież nastu lat, żeby ujawniać kontakty z Onanem. Pierwszy raz widziałem człowieka! I to też niedokładnie, bo ciemno – przez kratę konfesjonału majaczyły pars‍ pro toto księdza: krosta na nosie, wargi spierzchnięte, palce pocierające zarost podbródka. Z czymś takim trudno o intymność. No, ale z drugiej strony – nie mogłem zawieść Konia, potrzebowałem podpisu na obiegówce.
Jaśniejąca latarenko, jeśli istnieje piekło, będę smażył się w piekle.
Nie‍ mając innego wyjścia, doniosłem na siebie. Ale jak! Wygadałem się ze wszystkiego z gorliwością kapusia, który koloryzuje stan faktyczny. Jeśli ma już być grzesznik – myślałem – to grzesznik poważny, do entej potęgi, casus domagający‍ się gruntownej ekspiacji albo natychmiastowej anatemy. Trudno, skwapliwie skorzystałem z rady Balzaca: im bardziej świńskie twoje zajęcie, tym więcej potrzeba w nim uczciwości. Uczciwie więc puściłem farbę, że pożądałem nie tylko żony Konia, ale też jego… jeszcze nieistniejącej córki, co chyba plugawsze, bardziej nikczemne i małe. A córka Konia: piękna, zmysłowa Magda, szesnastolatka. Każdy jej ruch iskrzył się seksem, zmieniając mnie w łatwopalną hubkę. I tu bez żadnej żenady opisałem kwieciście postać Naomi Campbell w wersji white. Ucho księdza poczerwieniało i wydłużyło się, jakby w konfesjonale siedział elf Legolas z Władcy Pierścieni. Opowiadając o masturbacji, zauważyłem, że palce spowiednika zaczęły zdradzać ponadprzeciętną ruchliwość – pocierały nerwowo linię żuchwy od ucha aż do podbródka. Oddech wydawał się przyspieszony, na spierzchniętych wargach połyskiwały kropelki śliny. Może dlatego, że za miejsce samogwałtu wybrałem pokój nastolatki, dokładniej: otwartą szufladę z rajstopami. A co! – pojechałem po bandzie. Żadnych tam gombrowiczowskich gierek z okaleczoną muchą w sportowym buciku pensjonarki. Obleśny i ordynarny czyn onanisty! Magda akurat była na spotkaniu Ruchu Światło-Życie. Koniu z żoną myśleli, że zamarudziłem w łazience – wyjaśnił gadający przeze mnie kapuś i przelał czarę zbereźnej rozkoszy. Czarę? Chyba wiadro, bo tak się jakoś rozochociłem, że nie skończyłem na samej Magdzie. „Proszę księdza…” – przywarłem policzkiem do kraty konfesjonału. „Proszę księdza, nie wiem, jak to wyjaśnić, ale od pewnego czasu chcę być Magdą. Wykradłem dziewczynie sukienkę. Wstyd mówić… czasami stroję się w nią przed lustrem i marzę, że oto rozlega się pukanie do drzwi. Cały w pąsach biegnę, otwieram: w progu stoi kochanek z kwiatami. Rzucam się mu na szyję, on bierze mnie na ręce i niesie do łóżka. Ściąga ze mnie sukienkę, rozpina spodnie i wyjmuje… no, ksiądz wie, co wyjmuje, a w jego dłoniach widzę srebrzystą saszetkę z prezerwatywą. Mówię mu: nie trzeba, mój miły, zróbmy to bez. Kochanek jest przeszczęśliwy, że słyszy ode mnie te słowa. Kocham cię! – szepcze i zaraz wyznanie przemienia w czyn. Kochamy się. Chwilami czule i delikatnie, chwilami jak zwierzęta, aż piszczę, aż tracę dech i rachubę w orgazmach. Raz ja jestem pod, raz on. Raz on wgryza się w poduszkę, z pupą uniesioną, dużą jak puf i krzykiem: »Madziu, mocniej!«, raz ja wciskam głowę w szczeble łóżka, pozwalając, by kochanek lepiej mnie poznał od środka. Mój Boże, proszę księdza!… Wiem, że to grzech, że nie powinienem, bo nie tylko gwałt sobie zadaję, ale też Boga obrażam i wszystkie święte, z Najświętszą na czele, i w tym szczerym wyznaniu przekraczam granice żenady. Ale co to może znaczyć? Przecież myśląc rozsądnie, nigdy nie będę Magdą i gdy mija amok, sam czuję moralny dyskomfort. Jest dla mnie nadzieja?” Za kratką panowała grobowa cisza. Dopiero po dłuższej chwili usłyszałem westchnienie: „Proś, proś Boga o przebaczenie!”.
Później‍ emocje opadły, ksiądz stracił zainteresowanie dla kolejnych grzechów. Jakby tylko cielesne przewiny ważyły na szalach zbawienia i potępienia. Przerwał opowieść o pobiciu przeze mnie kaleki na wózku inwalidzkim i – z tego co pamiętam – w ramach pokuty dostałem Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Psalm 51. To niedużo. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu, w czasach szaleńczo budowanych świątyń, które wdzierały się w krajobraz blokowisk, pokuta byłaby bardziej konkretna. Przez tydzień musiałbym mieszać cement albo nosić cegły. Większość kościołów powstawała jako bratni sojusz pokuty i czynu społecznego.
„W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Walcz, synu, z demonem Magdy we własnym ciele” – poradził bez przekonania spowiednik. „Dobrze, proszę księdza. Będę się starał ze wszystkich sił”. Wstałem z klęczek, odbierając podpisaną obiegówkę. „Idź i nie grzesz więcej, synu!” – przestrzegł. Poszedłem i nie wróciłem już więcej.

Mariusz Sieniewicz, Walizki hipochondryka, Kraków 2014.

Sier. 18 2014

What We See When We Read

image

I could begin with Lily Briscoe.
Lily Briscoe—“With her little Chinese eyes and her puckered-up face …”—is a principal character in Virginia Woolf’s novel To the Lighthouse. Lily is a painter. She is painting a picture throughout the course of the narrative—a painting of Mrs. Ramsay sitting by the window reading to her son James. Lily has set up her easel outside on the lawns and she paints while various players flit and charge about the property.
She is nervous about being interrupted, about someone breaking her concentration while she is engaged in this delicate act. The idea that someone would interrogate her about the painting is intolerable.
But kind, acceptable Mr. Bankes wanders up, examines her work, and asks what she wished to indicate “by the triangular purple shape, ‘just there.’ ” (It is meant to be Mrs. Ramsay and her son, though “no one could tell it for a human shape.”)
Mother and child then—objects of universal veneration, and in this case the mother was famous for her beauty—might be reduced, he pondered, to a purple shadow…
Mother and child: reduced.
***
We never see this picture (the picture Lily paints in Virginia Woolf’s novel). We are only told about it.
Lily is painting the scene that we, as readers, are being asked to imagine. (We are asked to imagine both: the scene and its painted likeness.)
***
This might be a good place to begin: with the picture that Lily paints; with its shapes, smudges, and shadows. The painting is Lily’s reading of the tableau in front of her.
I cannot see the scene that Lily is attempting to capture.
I cannot see Lily herself. She is, in my mind, a scarcely perceptible hieroglyph.
The scene and its occupants are blurred.
Strangely, the painting seems more … vivid.

Peter Mendelsund, What We See When We Read, Vintage (August 5, 2014).